niedziela, 25 stycznia, 2026
Strona domowa > Alkoholizm > Krótka historia emocjonalności

Krótka historia emocjonalności

Inspiracją do napisania tego artykułu jest treść książki „W niewoli uczuć” autorstwa Leslie Cameron-Bandler i Michaela Lebeau. Jej ukazanie się oznacza zmianę epoki. Można ja nazwać „epoką pełnej odpowiedzialności”. Za co ?

Za własne emocje. Od dzisiaj już nie można czuć się ofiarą własnych uczuć. Nie można także innym wyznaczać roli kata i bez skrupułów naruszać ich psychiczny komfort „wyrzucając” na nich negatywne emocje pod pretekstem, że to oni są ich Źródłem. Aby dokładniej zrozumieć co to właściwie oznacza, trzeba zobaczyć twierdzenia tej książki na tle dotychczasowych poglądów i sposobów „obchodzenia się” z emocjami. Sposoby te grupują się wokół dwóch zasadniczych, z których pierwszy, historycznie wcześniejszy może być nazwany „strategią wyparcia” (albo stłumienia), drugi zaś „strategią kontrolowanego wybuchu”.

REKLAMA

Etap tłumienia.

Dążenie do zapanowania nad własnymi uczuciami towarzyszy człowiekowi od tego samego momentu, w którym po raz pierwszy padł on ofiarą tych uczuć, które uznał za niewygodne, niewłaściwe lub niepożądane. Czyli – zapewne – od zarania dziejów. Jednakże cały dorobek ludzkości na całej tej drodze w ciągu XIX wieków naszej ery – nie mówiąc o czasach wcześniejszych – okazał się nie tylko mało efektywny, ale – co więcej – stał się obiektem druzgocącej krytyki współczesnych psychoterapeutów, poczynając od Freuda. Oto bowiem wszystko, czym mógł się do tego momentu pochlubić człowiek, to wyparcie, tłumienie, blokowanie i zapominanie – służące temu jedynie, by niewygodnych uczuć nie dopuścić do świadomości. A jeśli już się nie da – by przynajmniej ich nie ujawniać. Lecz udawanie – przed innymi albo przed sobą – okazało się sposobem najgorszym z możliwych. Emocje są bowiem rodzajem energii. Energia ta, pozbawiona możliwości naturalnego „obiegu” musiała znaleĽć ujście w napięciach mięśni i organów wewnętrznych, prowadząc następnie do licznych dolegliwości, uszkodzeń czy chorób, np.: bólu głowy, wrzodów żołądka, choroby wieńcowej – by wymienić kilka najpopularniejszych.

Faza wybuchu kontrolowanego.

Toteż współcześni terapeuci wierzą, że tylko uświadomienie sobie i wyrażenie uczuć może nas uchronić przed naruszeniem zarówno psychicznej jak i fizycznej równowagi. Mniej więcej 20 lat temu – jako początkujący terapeuta, autor tych słów z najwyższym entuzjazmem propagował ideę pełnego, bezkompromisowego i bezwzględnego wyrażania wszelkich uczuć bez względu na sytuację. Istotna była zwłaszcza umiejętność wyrażania własnej agresji: wiadomo, jej stłumienie było szczególnie dewastujące. Towarzyszące tej postawie motto brzmiało: albo wyrażanie emocji, albo wrzody żołądka. Wyglądało na to, że w konfrontacji z otoczeniem należało bezwzględne pierwszeństwo przyznać własnemu interesowi. Stopniowo jednak sztywność tej postawy ukazywała swoje drugie, negatywne oblicze: otoczenie nie zawsze chciało zrozumieć interes jednostki dostatecznie szeroko, aby za każdym razem rezygnować na jej rzecz ze swojego. Co prawda, możliwe było ignorowanie zarówno cudzych interesów, potrzeb uczuć czy oczekiwań – jednak nie pozostawało to bez konsekwencji: naruszaniu i erozji, nie zawsze zgodnej z naszymi pragnieniami, ulegały nasze relacje z otoczeniem.

Uwikłanie w sprzeczność.

Zasada: „ja albo ty” pozwalała co prawda bronić – czasem w sposób spektakularny – swojego doraźnego, emocjonalnego interesu, ale nie była w stanie zagwarantować trwałości i stabilności relacji z innymi. Ograniczająca alternatywa nie zawsze zresztą pozwalała na to, by obronną ręką wychodziło „JA”. Niepokojąco często okazywało się również, że nikt. Było to oczywiście dostrzegane. Stawało się jasne, że nie zawsze „opłaca” się kierowanie wyłącznie własnym, doraźnym interesem, aktualnym emocjonalnym impulsem. Ale wydawało się, że do dyspozycji pozostaje wyłącznie powrót do przeszłości: odwoływanie się do tłumienia, blokowania emocji. Tym razem było to uzasadnione szerszym widzeniem własnego interesu: nie było nim tylko doraźne rozładowanie, ale również obrona własnych pozytywnych relacji z drugą osoba. Niemniej jednak mogło się wydawać, że chodzi po prostu o wybór mniejszego zła. Ceną nadal miały być ewentualne „wrzody żołądka” – ale w zamian za coś, co uznaliśmy za ważniejsze.

Asertywność – kontrola poprzez zmianę postaw.

Trening asertywności, w Polsce rozwijający się intensywniej dopiero w ostatnich latach, pozwolił dokonać dalszego postępu w sposobie traktowania własnych emocji. Pozwolił on przede wszystkim dokonać ciekawej obserwacji: jeśli człowiek nauczy się wyrażać swoje potrzeby i emocje w sposób asertywny – komunikatywny, trafny, wyczerpujący, stanowczy, acz spokojny – to okaże się, że znacznie rzadziej będzie w ogóle miał potrzebę posługiwać się agresją. Jak gdyby przekonanie, że potrafię obronić własne prawa i wyrazić własne potrzeby wpływało także na to, co będę w danej sytuacji czuł. Tymczasem dotąd wydawało się, że mam wpływ tylko na to, co zrobię z już istniejącą emocją – wyrażę ją albo stłumię. Poza kontrolą natomiast wydawało się samo powstawanie emocji. Jak gdyby fakt ów był całkowicie niezależny ode mnie. Ot – emocja się pojawiła i już. A skoro tak, to muszę coś z nią zrobić. Jedno, albo drugie.

Przerzucanie odpowiedzialności na zewnątrz.

Takie przekonanie chroniło też przed odpowiedzialnością: skoro emocje są niezależne ode mnie, nie mam wpływu na to, czy – i jakie – się pojawią, to odpowiedzialna jest raczej sytuacja. A sytuacja – to drugi człowiek. Mogło to prowadzić do paradoksalnego wniosku: „to ty, a nie ja jesteś odpowiedzialny za moje emocje”. A skoro tak, to jestem upoważniony do skierowania na ciebie mojej agresji – za którą przecież ty jesteś odpowiedzialny. Oczywiście nikt takiego wniosku w ten sposób wprost nie wyrażał. Gdyby to zrobiono, być może wcześniej udałoby się zauważyć, ze jest on dość podejrzany. Że jest sprzeczny z innymi zasadami także głoszonymi i powszechnie akceptowanymi w środowisku psychologicznym np.: „ja, nie ktoś z zewnątrz, jestem odpowiedzialny za to, co robię (jak się zachowuję, co się ze mną dzieje)”. Czy można byłoby uzupełnić tę zasadę klauzulą: „za wyjątkiem moich emocji” ? Nie bardzo: zbyt duży, zbyt rozległy i zbyt zasadniczy wyjątek. Ale powiedzieć „jestem odpowiedzialny także za swoje emocje” wydawało się jakby zbyt dużo. Odpowiedzialność jakby zbyt wielka. I – co gorsza – groziłoby to utratą uprawnień, wylewaniem na kogoś własnych emocji.

Wiara w niezależność emocji.

Ale nie tylko to: w gruncie rzeczy wzięcie pełnej odpowiedzialności za własne emocje (a więc nie tylko ich wyrażanie, ale także powstawanie) wydawało się niemożliwe głównie z tego powodu, że nie sądzono, by istniał jakiś sposób na ich zmianę. Co najwyżej – w dłuższym czasie, poprzez zmianę postaw – ale nie natychmiast, nie w tym momencie. Teraz, natychmiast – można było uzewnętrznić to, co naprawdę w nas było. Albo – stłumić.

Twórcy NLP – programowania neurolingwistycznego – za jednym zamachem usunęli obie wymienione przeszkody. Po pierwsze pokazali, że można – i w jaki sposób – zmieniać własne emocje. Po drugie – dzięki temu pierwszemu – usunęli nierozwiązywalną dotąd sprzeczność: odtąd tylko i wyłącznie ja sam ponoszę pełną i wyłączną odpowiedzialność za to, co robię i za to, co przeżywam. Moja wolność radykalnie wzrasta: nie jestem już terenem pojawiania się – poza mną – czegoś (emocji), na co nie mam wpływu i czemu mogę jedynie pozwalać – albo nie pozwalać – ujawnić się.

Faza pełnej odpowiedzialności.

Teraz mogę już wszystko. Mogę wybierać nie tylko między dwiema skromnymi możliwościami. Okazuje się, że mogę wybierać spośród wszystkich emocji. Na czym polega ten proces wybierania ? Trzeba się go nauczyć. O tym właśnie traktuje książka.

A co – w takim razie – stanie się z energia emocji, która tak mocno dawała się we znaki zwłaszcza tym, którzy ją blokowali ? Sama energia jest ślepa, wszystko zależy od kierunku. Każda energia da się: a) tłumić, albo b) zamienić na wybuch, albo c) zamienić na pożyteczną pracę.

NLP proponuje to ostatnie rozwiązanie. Energia emocji zostanie wykorzystana do: a) modyfikacji emocji, b) modyfikacji dotychczasowego działania (wynikającego z dotychczasowej emocji), oraz c) realizacji nowego zespołu działań (wynikających z emocji, która została wybrana). A zatem sposobów na wykorzystanie energii uczuć nie zabraknie. I w tym ujęciu aktualne staje się podejrzenie, czy aby energia emocji nie jest tym samym, co energia życia – ruchu, działania, aktywności. A jeśli tak, to być może nieracjonalne byłoby trwonienie jej na wybuchy – nawet kontrolowane. Aby jednak uniknąć rozsadzenia od wewnątrz, niezbędne jest dobre przygotowanie „kanałów”, poprzez które energia ta mogłaby być uwalniana, wykonując po drodze pożyteczną pracę. Taką, jak wymieniono nieco wyżej, a czego stara się nauczyć książka „W niewoli uczuć”.

Mieczysław Wojciechowski
Przedruk z miesięcznika „Remedium” wydawanego przez Państwową Agencje Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Numer 2/93

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.